DOLCE FAR NIENTE I DYNIOWE GNOCCHI

Udostępnij
Facebookpinterest

Dolce far niente. Słodkie nicnierobienie. Jeśli oglądaliście film „Jedz, módl się, kochaj” na pewno wiecie o co chodzi. Od jakiegoś czasu uprawiam to codziennie i paradoksalnie dużo więcej robię, dużo więcej mi się chce i dużo więcej zauważam.

Mniej więcej rok temu przeprowadziłam w swoim życiu małą rewolucję. Nowoczesne i wygodne mieszkanie w centrum miasta zamieniłam na podmiejski, starszy domek z ogrodem. Zamiast metra mam kolejkę, która kursuje co pół godziny, zamiast centrów handlowych – małe sklepiki i lokalny targ. Zamiast sąsiada charczącego w łazience codziennie budzi mnie dzięcioł, a za płotem widuję dziki i sarny. Wróciłam do praktykowania jogi, biegam i dużo czytam. Zaczęłam też gotować, bo wcześniej najczęściej stołowałam się na mieście. Pierwszy raz w  życiu mam swoje własnoręcznie wyhodowane pomidory, dynie i papryki. Zrobiłam przetwory na zimę i zaczęłam piec ciasta. Wprawdzie nadal wychodzi mi tylko marchewkowe, ale wszystko przed mną.

Brzmi to trochę jak sielanka, ale skłamałabym mówiąc, że nie towarzyszyły temu żadne wątpliwości. Wraz ze zmianą otoczenia pojawiły się nowe obowiązki i obawy. Koszenie trawy, grabienie liści, odśnieżanie, pamiętanie o tym kiedy przyjeżdża śmieciarka, kiedy podciąć rośliny, wreszcie noce w dużym domu pod lasem, które wciąż budzą we mnie niepokój. To wszystko jest jednak niczym w porównaniu ze spokojem i czasem, który dostaję w zamian. Choć nie zrezygnowałam z pracy życie nagle zwolniło. 24 godziny, które kiedyś ledwo na wszystko starczały nagle pozwalają robić nie tylko to co trzeba, ale i to co się chce.

Jestem dziewczyną z miasta, z blokowisk, przyzwyczajoną do miejskich wygód i do tego, żeby wszystko mieć szybko, „na już” i pod ręką. Knajpy, kawiarnie, kino, możliwość wyboru najróżniejszych aktywności – nie umiałabym z tego całkowicie zrezygnować. Nadal to lubię i czasem z tego korzystam. Ponad wszystko uwielbiam jednak naturę, chodzenie boso po trawie, świeże powietrze i święty spokój. Podmiejski domek był więc kompromisem, złotym środkiem pomiędzy tym co wygodne, a tym co naprawdę jest dla mnie ważne. Nie twierdzę, że w mieście nie można odnaleźć ciszy i spokoju, ale jest to dużo trudniejsze – dookoła jest dużo więcej rozpraszaczy. Dopiero z dystansu widać jak taki moloch potrafi zmęczyć, zagłuszać własne myśli, zmuszać do płynięcia z prądem, do kupowania rzeczy zupełnie niepotrzebnych, do marnotrawienia czasu, który przecież jest bezcenny. Nie trzeba od razu robić rewolucji, ale warto przystopować, wyluzować i posłuchać siebie.

Wracając do „dolce far niente” czyli słodkiego nieróbstwa tak bardzo cenionego przez Włochów – nie dajcie się zmylić!

Z prawdziwym leżeniem na kanapie i patrzeniem w sufit nie ma ono zbyt wiele wspólnego. „Dolce far niente” to oddawanie się w całości małym przyjemnościom – bez wyrzutów sumienia, bez uporczywych myśli o zaległościach w pracy, praniu, sprzątaniu i stertach naczyń, które czekają w kuchni. To bycie tu i teraz, skupienie się na chwili która trwa. Stan, którego nie da się kupić za żadne pieniądze, a którego można się nauczyć. Już w starożytności uważano, że jest to warunek niezbędny do twórczego działania i poważnej pracy umysłowej. Spróbujcie zwolnić, a zobaczycie ile pomysłów przyjdzie Wam do głowy i jak dużo zadzieje się wokół Was. Przetestowałam – polecam.

A co może być małą przyjemnością? Kawa, książka, spacer – cokolwiek, co lubicie i co sprawia Wam frajdę. Dla mnie to najczęściej dobre jedzenie i kieliszek wina. Czyli właściwie bardzo po włosku ;). Dzielę się więc z Wami przepisem na włoskie gnocchi z dyni ( z mojego ogródka oczywiście ;).

DYNIOWE GNOCCHI – SKŁADNIKI:

500 g ugotowanych ziemniaków

500 g pieczonej dyni (po upieczeniu dynię należy zmiksować i podsmażać na patelni, żeby trochę zgęstniała i żeby odparowała z niej woda )

1 jajko

1/2 kostki sera feta (ok.100 g, można zastąpić np. 1/2 szklanki parmezanu lub innego podobnego)

ok. 150 g mąki

2 łyżki mąki ziemniaczanej

1 ząbek czosnku

natka pietruszki

2 łyżki masła

szczypta płatków chili

szczypta ostrej i słodkiej papryki

WYKONANIE:

*ziemniaki przecisnąć przez praskę i połączyć z dynią (jedno i drugie powinno być ostudzone)

*przesiać obie mąki i połączyć z dynią oraz ziemniakami, dodać ser

*doprawić masę przyprawami

*dodać jajko i formować w jednolitą, gładką kulę

*podsypać kulę mąką i formować z niej małe kuleczki (tutaj sposobów jest kilka mnie najszybciej wychodzi właśnie ten, ale równie dobrze można taką kulę rozpłaszczyć i wycinać z niej kółeczka kieliszkiem, albo zrolować i kroić jak kopytka), ja włoskim sposobem takie gotowe kuleczki lekko dociskam widelcem – w ten sposób tworzą się w nich rowki, w których zostaje sos

*zagotować osoloną wodę w dużym garnku – gdy będzie wrzała wrzucać partiami gotowe kluseczki, a  gdy wypłyną poczekać kilka sekund i wyjmować łyżką cedzakową

*na patelni rozpuścić masło, dodać płatki chili i natkę pietruszki – wrzucić do tego porcję gotowych gnocchi i podsmażać przez chwilę

*pić w towarzystwie wina – najlepiej białego, dobrze schłodzonego i cieszyć się chwilą 😉

Podane przeze mnie proporcje mąki są orientacyjne – dużo zależy od samych ziemniaków, dyni i od tego jak wszystko razem się trzyma. W praktyce mąki może być potrzeba mniej lub odrobinę więcej – trzeba wyczuć. Ciasto nie powinno być twarde, ale też nie powinno się rozpadać, ani zbyt mocno kleić. Musi być na tyle zwarte, żeby swobodnie można z niego było formować kulki.

 

 

 

 

 

Komentarze

komentarze