Udostępnij
Facebookpinterest

Maj – w to mi graj! Tylko wyszło słońce i od razu poprawiła się jakość życia. Tak bardzo, że zapomniałam o wpisie i obudziłam się dopiero teraz czyli…pod koniec czerwca. Ale spokojnie – ćwiczę konsekwencję. Będzie więc i wpis majowy, i wpis czerwcowy.

Nie wiem od czego zacząć, bo wszystko co wpadło mi w ręce w maju zaskoczyło mnie BARDZO. Jedna książka na plus, druga minus. W dodatku zakładałam, że ta na minus będzie tą lepszą – wszystko wyszło na opak. Ponieważ w poprzednich wpisach książkowych trochę narzekałam tym razem zacznę może od pochwał.

SHITSHOW!AMERYKA SIĘ SYPIE, A OGLĄDALNOŚĆ SZYBUJE – Charlie LeDuff

Shitshow Amerka sie sypie a aogladalnosc spada ksiazka LeDuff

Zaczęłam od końca. Nie czytanie, ale przygodę z autorem. Wcześniej ukazało się „Detroit”, które sobie odpuściłam uznając, że jest to temat, który nie specjalnie mnie porwie. „Shitshow!…” spadł mi trochę z nieba – obdarowała mnie nim znajoma. I bardzo dobrze, bo najprawdopodobniej i po tę książkę prędko bym nie sięgnęła. Tymczasem poleżał, chwilę, poczekał i w końcu się doczekał. Został wciągnięty nosem.

Książka powstawała przez ponad trzy lata podczas podróży autora przez całe USA. Jest odpowiedzią na pytanie dlaczego amerykański sen to jedynie mrzonka, w dodatku odpowiedzią bardzo dosadną i bez zbędnych ozdobników. LeDuff rozmawia ze zwykłymi ludźmi, puka do każdych drzwi i zadaje niewygodne pytania. Nie boi się drążyć tematu. Jest w centrum wszystkich wydarzeń.

Chyba dawno nie czytałam tak krwistego, bezpośredniego reportażu napisanego przez Amerykanina. Reportażu, który nie udaje, że NASZA AMERYKA jest krainą mlekiem i miodem płynącą, w której wszystkim żyje się dobrze, ale odkrywającego bezlitośnie jej bebechy. Jest surowo, jest ostro, bez owijania w bawełnę. Są tu historie ludzi, którzy z dnia na dzień lądują na ulicy, albo muszą przemierzać cały kraj w poszukiwaniu pracy. Są bunty czarnoskórych i konflikty na tle rasowym – wciąż bardzo aktualne. Jest bezrobocie, są upadłe miasta i porośnięte pajęczyną fabryki. Wreszcie jest wniosek, podparty faktami i baczną obserwacją autora – AMERYKA SIĘ SYPIE, a hasło „make America great again” głoszone wszem i wobec przez Trumpa wciąż nijak ma się do rzeczywistości.

Pomimo tego, że do fanów kultury USA nie należę i ta tematyka nie specjalnie mnie pociąga polecam lekturę bardzo gorąco, zwłaszcza że poza wciągającą treścią jest napisana lekkim i przystępnym językiem.

DALEKO. BUDDYJSKIE KRÓLESTWO MUSTANGU – Magdalena Gołębiowska

Daleko buddyjskie krolestwo mustangu golebiowska ksiazka recenzja

A teraz się zacznie…

Tak bardzo, bardzo, bardzo czekałam na tę książkę. Jeżdżę do Nepalu co roku, od dawna. Zdarzało się nawet, że bywałam tam częściej niż raz na rok. To jest moje miejsce na ziemi, trochę jak drugi dom, do którego zawsze chętnie wracam i w którym czuję się prawie jak u siebie. Mam tam swoje ulubione miejsca do łażenia, ulubione knajpy w Kathmandu, ulubioną zupę i kanapkę z tuńczykiem. W Mustangu jednak nie byłam nigdy. Jest moim wielkim nepalskim marzeniem, choć cały czas poza zasięgiem finansowym, bo dojechać do niego niełatwo i cała eskapada solidnie czyści portfel. Tym bardziej ucieszyłam się na wieść o tym, że oto wreszcie w języku polskim ukazuje się pierwsza książka traktująca o tym temacie.

Książkę kupiłam od razu – w dniu premiery i z marszu zabrałam się do czytania. Zaczęło się jak w większości lektur tego typu – wprowadzeniem w temat, wyjaśnieniem etymologii nazwy, przytoczeniem całej masy faktów historycznych. Czekałam i czekałam, żeby od dokumentacji przejść do konkretów, do historii, do ludzi, do kultury i prawie się nie doczekałam. Prawie, bo jednak te elementy w książce się pojawiają jednak są przykryte bardzo ciężką i bardzo grubą warstwą treści, przez którą ciężko było mi przebrnąć.

Poszperałam w internecie – widzę, że książka większości się podoba. Nie wiem, może ja jestem jakaś inna, może miałam zbyt wysokie oczekiwania, może po wielu reportażach wydawanych przez Czarne liczyłam na typowe repo-mięcho. Mnie zmęczyła potwornie. Być może się komuś narażę, ale nie nazwałabym jej reportażem. Raczej historyczną, naukową dokumentacją, z której studenci kulturoznawstwa, albo antropologii mogą zakuwać przed egzaminami. Dokopanie się do historii ludzi zamieszkujących Mustang zajmuje przy jej czytaniu chwilę. Jeśli jednak oczekujecie steku dat, wyjaśnień nazewnictwa, pocztu władców Mustangu będziecie zadowoleni. Od siebie dodam tylko, że bardzo, ale to bardzo trudno czyta się książkę,w której zdania są wielokrotnie złożone na tyle, że jedno potrafi zająć czasem nawet połowę strony.

Niestety, z bólem serca – nie polecam. I choć rzadko to piszę, pieniądze które wydałam na zakup tej książki nie były najlepszą inwestycją. Pozostaje mi tylko zbierać kasę na Mustang i może wreszcie do niego pojechać.

Komentarze

komentarze