Udostępnij
Facebookpinterest

Bogiem a prawdą marzec był dla mnie bardzo średni. I książkowo i w ogóle. Dlatego ten wpis pojawia się dopiero teraz.

Nie wiem czy to kwestia wiosennego przesilenia i jakiegoś wypalenia po zimie, czy po prostu taki czas. W lektury trafiłam tak, że czytanie ich szło momentami jak po grudzie. Wprawdzie wybrałam same hity wydawnicze, ale mnie te hity jakoś do końca nie przekonały. Z pewnym trudem przeczytałam więc dwie szeroko rekomendowane pozycje. Kwietniowo powracam do jakiegoś reportażu i ciekawej biografii. To zdecydowanie moja bajka. Liczę na to, że wynik będzie trochę lepszy, a i wpis zgodnie z zasadą podsumowania pojawi się w odpowiednim czasie.

TATUAŻYSTA Z AUSCHWITZ – Heather Morris

tatuazysta z auschwtz

Książka została uznana za najlepszą powieść historyczną przez czytelników portalu lubimy czytać.pl Historia faktycznie jest niezwykła. Na jej podstawie mógłby powstać niejeden hit filmowy i pewnie obsypano by go nagrodami.

Wielka miłość zrodzona w czasach zagłady. Miłość, która przetrwała wszystko co najgorsze – ekstremalne warunki panujące w Auschwitz. Prawdziwa historia, którą napisało życie zakończona happy endem. Historia, w której bieg momentami aż ciężko uwierzyć, a jednak prawdziwa i nieprzerysowana. Wreszcie historia, która u niektórych podobno wzbudza kontrowersje wokół postawy głównego bohatera .

O ile ja bohatera nie zamierzam rozliczać, bo ciężko o ocenę czasów i sytuacji, którą zna się jedynie z książek, o tyle z samą lekturą mam jednak mały problem. Dlatego będę trochę narzekać. Cała opowieść porywa mnie i wzrusza. Czyta się ją dosyć  łatwo. Mam jednak wrażenie, że jest pisana jakoś infantylnie i na modłę bardzo amerykańską. Sama autorka pochodzi z Nowej Zelandii jednak to w USA uczyła się warsztatu i chyba nabrała tam bardzo amerykańskich manier.

Naczytałam się w czasach liceum powieści Grudzińskiego, Szczypiorskiego, „Opowiadań” Borowskiego i jeszcze paru innych klasyków. „Rozmowy z katem” Moczarskiego do dzisiaj są jedną z moich ukochanych książek i pewnie nie raz jeszcze do nich wrócę. Grzesiukowe  „Pięć lat kacetu” to właściwie moja bibila, tymczasem „Tatuażysta” jest dla mnie lekturą na jeden raz. Nie czepiam się samej historii, ale sposobu prowadzenia narracji. Czegoś mi w tej książce brakuje. Nie chodzi o powagę tematu, bo jestem zdania, że nawet o rzeczach trudnych można pisać lekko, ale jest to jakieś dziecinne. Brakuje mi tu głębszej refleksji, poważniejszych pytań, wejścia dalej w psychikę bohaterów. Czytałam tę książkę trochę tak, jakbym oglądała kolejny film o Auschwitz nakręcony w Hollywood, a wolałabym chyba coś bardziej surowego i mniej cukierkowego.

Oczywiście to wyłącznie moja opinia i rzecz gustu, a o tych jak wiadomo ciężko dyskutować. Rozumiem też, że dla wielu osób może to być książka wyjątkowa, co dobitnie potwierdzają różne wydawnicze plebiscyty. Nie sądzę jednak bym osobiście miała jeszcze kiedyś po „Tatuażystę z Auschwitz”sięgnąć. A są książki, po które sięgam po dwakroć, albo i trzykroć.

KRÓL – Szczepan Twardoch

Naprawdę nie wiedziałam o czym jest ta książka gdy po nią sięgałam. Wiedziałam tylko, że Szczepan Twardoch jest młodym i zdolnym polskim pisarzem i że jego książki są chętnie kupowane. Ktoś mi polecił. Obejrzałam jakiś wywiad z autorem. Kupiłam trochę w ciemno.

Zdziwiłam się bardzo(na plus) gdy okazało się, że rzecz jest o Warszawie, o latach 30. i o miejscach, które w sumie całkiem nieźle znam. Jestem fanką „Złego” Tyrmanda, uwielbiam Grzesiuka. „Król” to dla mnie połączenie jednego z drugim. Trochę szemrana warszawka, gangsterka dzielnic żydowskich i naprawdę świetnie rozrysowany przedwojenny klimat miasta, choć zdaniem historyków miejscami nieco przekoloryzowany i prawie niemożliwy. Nie wnikając w szczegóły – jak ktoś ma odrobinę wyobraźni na pewno ten klimat poczuje. Ale…

Podobnie jak z pierwszą książką tak i tutaj mam mieszane uczucia. Z jednej strony dużo się dzieje, są barwne, krwiste postacie, a miejscami opowieść wciąga tak bardzo, że ciężko się od niej oderwać. Z drugiej strony przeszkadzają mi wtręty napisane w jidysz, bo mnie z tych cugów wyrywają. Nie podobają mi się zabiegi stylistyczne, nagłe przeskoki z tego co było kiedyś, do tego co jest teraz, z tego co bohater zrobił, a czego by nie zrobił lub co w ogóle właściwie się nie wydarzyło. Rozumiem czemu ten zabieg ma służyć i ogarniam całą konwencję jednak chyba ja nie do końca ją kupuję. Wolę jak jest prosto i jak czyta się łatwo.

Podobno nie jest to najlepsza książka Twardocha. Podobno, bo innych nie czytałam, a to że jest nie najlepsza przeczytałam w necie. Dam więc szansę innym, ale chyba dopiero za jakiś czas. Na razie sobie odpuszczam.

Lekki niesmak, który pozostaje rozwiewa jednak informacja – całkiem świeża – o tym, że powstanie ekranizacja „Króla”. Obsada ma być zacna bo w główne role wcielą się m.in. Michał Żurawski(Jakub Szapiro), Arkadiusz Jakubik (Kum Kaplica), Kacper Olszewski(Mosze Bernsztajn), Borys Szyc(Janusz Radziwłek) i Magdalena Boczarska(Ryfka Kij). Na serial czekam więc niecierpliwie i liczę na to, że podobnie jak „Chyłka” przypadnie mi do gustu bardziej niż książka. Zwykle bywa odwrotnie, ale może nie w tym przypadku.

Komentarze

komentarze